Tymczasem wczoraj
spakowałam dwie kanapki i banana (banany są dobre na pamięć) i butelkę wody niegazowanej i wzięłam garść migdałów, które mają dużu kalorii i są mi potrzebne żeby było co spalać i w ramach make life tańszym poszłam do Parku im. Adama Mickiewicza, który oddalony jest ode mnie o 6,9 kilometra. Okazało się, że to dość daleko i na piechotę jest to trochę zajmujące i że nie wyrobię się do dwunastej, więc drugie śniadanie zjadłam na parkingu przed jakąś halą.
Potem spotkałam jakichś chłopców z piłą mechaniczną, to znaczy z takim czymś do przycinania krzaków, spytałam ich gdzie jest ten park i jak mają na imię, powiedzieli że tam i że Przemek i Piotrek. Nie zrobiłam im zdjęcia, bo wtedy jeszcze nie wpadłam na to, żeby robić wszystkim zdjęcia.
Dotarłam do parku bez większych problemów. Okazało się, że to taki park trochę turystyczny, co mnie zmartwiło, bo miałam nadzieję że jakiś wiersz pierdolnę, a tak to nie da rady. Przy samym wejściu grał jakiś koleś na trąbce, spytałam jak ma na imię i powiedziałam mu, że lubię dźwięk trąbki.
- Nie.
- No, zrób sobie zdjęcie. Dlaczego nie chcesz?
- No bo nie.
- No ale jak wrócisz do domu bez zdjęcia?
- Nie chcę.
Potem poszłam do Muzeum Narodowego. Nikogo tam nie było oprócz mnie.
Ogólnie chodzenie do parków jest strasznie nudne, lepiej pójść się najebać.
W drodze powrotnej wstąpiłam do Galerii Bałtyckiej na siku.
Pozdrawiam Ewę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz